W lesie jak puszcza, daleko, daleko od miasta choć w zasięgu strzelistych wież 5G mieszkała rodzina leśniczego.
Samowystarczalna, wesoła, szczęśliwa.
Było tu smacznie, ciepło i błogo.
— Aruś, Kasia, Lila, Grześ wstawajcie! — Mama pokrzykiwała każdego ranka.
— Śpicie ?! — Nie dawała za wygraną.
— Dzisiaj pomidorki malinowe, olej lniany, szczypiorek i …. — Zawsze przygotowywała jakąś niespodziankę. A zapach świeżo upieczonego chleba zwabiał wróble, rogasie i jeża.
— Cudownie. — Niezmiennie zadowolona Kasia wyskakiwała z łóżka na równe nogi.
— Nie. No znowu ?! — Grzesiowi widział się niecny hamburger.
— … I truskawki ? — Lila z charakterystycznym sobie pozytywnym nastawieniem do świata malowała przyszłość.
Aruś ani drgnął.
Czasami bywało groźnie.
— Znowu kłusownicy zastawili wnyki na Bartka. — Zaaferowany tata wypełniał przestrzeń wiadomością mrożącą krew w żyłach.
Narzucał na siebie zielonkawy mundur, na ramię flintę. Wykonywał dziesiątki telefonów. Nigdy nie zapominał pocałować mamy w czoło. Wybiegał i tyle go widzieli.
Na ogół było inspirująco.
— Dzisiaj zbudujemy dom na drzewie. — Aruś dyrygował młodszym rodzeństwem. — Będzie miejsce do wypoczynku. Bo tu się nie da spać. — Ewidentnie miał plan.
— Będzie wspaniale. — Kasia już przygotowywała walizki do przeprowadzki.
— Chce wam się ? Nie lepiej pograć w SimCity? — Grześ był w innym świecie.
— Wybudujemy dom z czterema pokojami, kuchnią, pokojem gościnnym dla turysty, za opłatą klimatyczną, basen…. — Lila już to wszystko widziała oczami wyobraźni.
Mama, jak to mama bohaterka i czarodziejka codzienności gotowała, szyła, ratowała księżyc, śpiewała, głaskała po głowach.
Tata z tych głów potrafił wykurzyć każdą złą myśl. Był szorstki. Ale jakoś tak nikt się go nie bał.
Każdej nocy gdy już wszyscy szli spać.
Mama z myślą o pieleniu ogródka.
Tata z planem na zasadzkę.
Aruś bez planu, w idyllicznym stanie pół jawy pół snu.
Lila z marzeniami o nowej sukience dla lalki.
Kasia z uśmiechem.
Grześ wyczekiwał chwili by móc cichutko otworzyć drzwi co nocnemu gościowi.
A wtedy las zastygał. Zmieniał swoje oblicze.
Drzewa nie szumiały a skrzypiały jak zardzewiałe zawiasy.
Księżyc jaśniał jak reflektor.
Przyczajone zwierzaki ani drgały.
Wszystko czekało.
Przybysz szedł powoli, z rozwagą przez ciemny las.
Nie potrzebował światła.
Był nieco sztywny. Na pewno nie był tancerzem.
Bardzo dobrze znał drogę. I nie bał się niczego.
— Dobry wieczór Grzesiu. — witał się grzecznie.
— Dobry wieczór …
Jak zwykle przysiedli przy stoliku z miniaturową lampką. Mówili szeptem. Zegar zawsze zatrzymywał się na godzinie 21.28. Potem punktualnie nadrabiał zaległości.
— Właściwie od dawna chciałem to wiedzieć. Jak masz na imię ? — Po raz pierwszy odważył zapytać się Grześ.
— A jak by pasowało najlepiej ? — Zaskoczył chłopca pytaniem.
— Hmmm… może Marek. — Po chwili zastanowienia zaproponował Grześ.
— A dlaczego Marek ?
— No bo jesteś taki nocny. Nocny Marek — roześmiał się.
— Niech będzie. — Nowo Nazwany wskazującym palcem prawej ręki przycisnął emitujący niebieskie światło guzik swojego płaszcza.
— Zawsze przyciskasz te guziki. Po co ? — Grześ był dzisiaj wyjątkowo badawczy.
— Uczę się. — powiedział bardzo poważnie Marek. Zresztą nigdy się nie uśmiechał.
— Chyba nie ode mnie ? — roześmiał się Grześ mający do nauki dość swawolny stosunek.
Tej nocy nie było im dane porozmawiać sam na sam.
Obaj popatrzyli w stronę schodów, z których skocznie zbiegała Kasia. Równie szczebiotliwa jak o poranku.
— O ! Mamy gościa. Bardzo mi miło. — Wcale nie była zdziwiona nocnymi odwiedzinami. Również mówiła szeptem. Mrugnęła do przybysza przyjaźnie okiem.
— Dlaczego zamykasz jedno oko?
— Podrywa cię. — odpowiedział rozbawiony Grześ.
Marek przycisnął guzik, tym razem różowy. Chwilę się nad czymś zastanawiał. Był nieobecny, jakby skupiony na wysłuchiwaniu czegoś co nie docierało do uszu rodzeństwa.
— Odgadnięcie znaczenia tego gestu jest trudne. — rzucił w przestrzeń znajomo nieznajomy.
Księżyc schował się za chmurami. Wielkooka sowa rozpostarła skrzydła planując zmianę rewiru.
— Czy to turysta do pokoju gościnnego na drzewie ? — Lila, ziewając bacznie przyglądała się Markowi. Znalazła się tu niepostrzeżenie.
— Dlaczego nie śpicie ?! Kim jesteś ?! Skąd się tu wziąłeś ?! — Rozbudzony a przez to zły Aruś zaatakował nieporuszoną jego natarciem postać.
— Zostałem zaproszony. — Nocny nie dał się wytrącić z równowagi. — 14 lipca 2021 roku, o godzinie 21.28 i 12 sekund. Numer zaproszenia 85fkkgT43q — dodał patrząc prosto w przepraszająco migocące światło lampki.
Rodzeństwo zaniemówiło. Oczy Kasi były ogromne, Lilce wypadła z rąk szmaciana lalka, Aruś przygryzł wargę, Grześ zeskoczył z krzesła.
— I jestem Al Go Rytm. — poinformował punktując każdą sylabę. Był bardzo rzeczowy trzeba przyznać. Jeszcze nie nauczył się kłamać.
Wstał.
Podszedł do drzwi.
Robił to nieśpiesznie.
— Muszę już iść. Mam nowe zaproszenie. — dopowiedział w godzinie, w której zegar ruszył.
Tik tak tik tak…
— Aruś, Kasia, Lila, Grześ wstawajcie! — krzyknęła mama.
— Śniadanie macie na stole. Wychodzimy z tatą. Nikogo obcego nie wpuszczajcie do domu ! — Drzwi się zatrzasnęły.
Dzieciaki nałożyły kołdry na głowy.
Monitor komputera pulsował na niebiesko.
Las szumiał przyjaźnie.
Wiewiórka Edzia rzuciła orzechem w parapet okna.
Nocny Marek był już na drugiej półkuli.
Teraz tam było bardzo ciemno.



