Tosty z plasteliny

1.

Poważna Pani miała już naprawdę dość. Mimo porannej dawki melisy, systematycznych medytacji z Sangita Joga porwała się na najgorsze. Zdecydowanym głosem zawyrokowała:

— Rysiu! Przesadziłeś! Zapraszam na chwilę wyciszenia do stołu.

Nie było potworniejszej propozycji dla przedszkolaka od tej, niż chwila odosobnienia z dala od przyjaciół.

Ryszard, skruszony choć tylko na chwilę poddał się nakazowi Pani.

Ta, czując się jak Sędzia Sądu Najwyższego była niewzruszona, a wierna faktom.

— Pani?! — Usłyszała po chwili. Czujnie nadstawiła uszu.

— Pani! — powtórzył Rysio. — Dam Ci batona jak będę mógł wrócić!

Tej propozycji korupcyjnej, pomimo Stanowiska Zaufania Publicznego oprzeć się nie mogła.


2.

Pani była melomanem i wiernym wyznawcą zasad savoir-vivre. Dzieci wolały Pedro, Pedro i dowolność stylu.

Pomimo tych rozbieżności cały tydzień czerwca poświęcony był – jak to Pani miała w zwyczaju mówić – magicznym słowom: *proszę*, *dziękuję*, *przepraszam*, *dzień dobry*, *do widzenia*.

Wszyscy byli bardzo zadowoleni z efektów.

Któregoś pięknego poranka Antek nierozważnie swoją prawą ręką uderzył w lewy bok Arka.

– Jakiego magicznego słowa powinieneś użyć, Antosiu? – Poważna Pani niezmiennie stała na straży norm społecznych.

– Hokus. Pokus – odpowiedział, zagubiony w czasie i przestrzeni, pokornie Antek.

I wszystko stało się jasne i czarodziejskie… 🤣🙃😉


3.

Było słonecznie. Lato w pełni. Plac zabaw tętnił życiem.

Ale… Pani tym razem była bardziej niż Zaniepokojona. Gdzie jest Marysia?, pomyślała z obawą.

Mimo że plac był obszyty zabezpieczeniami, brała pod uwagę wszelkie możliwości. Dzieci przecież były tak nieprzewidywalne w swoich poczynaniach, chodziło jej obcymi myślami po głowie.

Włączyła tryb dwubiegunowy, chodziła w tę i we w tę.

Marysia siedziała w dziurze, ogromnej, wykopanej przez starszych szeregowych – sześciolatków. Tych, którym już było wszystko jedno, bo przecież szli do szkoły /podoficerskiej/

— Pani! Pani! — usłyszała.

― A co ty tu robisz? O Nikczemna! — Pani próbowała zamaskować swój strach beztroską w głosie.

— Jestem w oceanie. Topię się! Pomocy! — krzyczała trzyletnia Marysia — Ratuj mnie!!!

Pani rozejrzała się.

Biała flaga na maszcie. Można się kąpać.

— Hmmm. — Zastygła. A rzucę jej koło ratunkowe, rzuciła myślą od niechcenia.

— Lisy!!! Wracamy!!!

Pary ustawiły się szybciutko.

Dlaczego Marysia miała czepek na głowie?

Nie nam to opisywać.

  — odpowiedziała rezolutnie Bibi, wpadając w ramiona Zranionej Mamy. — Mać — dodała, nawijając na palec kosmyk lnianych włosów.

Kojarzycie ciszę przed burzą?

4.

Czas przedświąteczny na ogół bywa urokliwy. 

Migocące światełka, słodko brzmiąca, dziecięca Arka Noego w tle, aromat pachnącej czekolady serwowanej na śniadanie i …  Pani Dyrektor na Kanarach.

Poważna Pani poddała się tej atmosferze bez przymusu. 

— Malujcie, rysujcie, twórzcie co chcecie, co wam w duszy gra. — informowała, rozdając dzieciom kartki, kleje, cekiny, piórka,pędzle i kredki . — Technika dowolna. — dodała przyzwalająco i zasiadła przy nadającym powagę biurku.

Dzieci z ochotą zebrały swą inwencję w absolut ciszy i tworzenia.Bez nakazu, zakazu, strzałek w lewo lub prawo, bez znaku stop. 

Było błogo.

Pani miała chwilę wolności przesyconą trendy smakiem Twojej Diety Pudełkowej z Kuchni Vikinga, obliczonej na nie mniej i nie więcej niż 1500 kilokalorii.

— Ach jak kolorowo i świątecznie. — Z uznaniem komplementowała dzieła swoich małych podopiecznych. Z wyczuciem, żeby kęsy grubego, gryczanego naleśnika nie ugrzęzły pomiędzy tchawicą a gardłem. — Tak. Czarny od zawsze modny. — przekonywała Jasia operującego jak nikt z błyskiem w oku i śladem węglowym, ciemną farbą. — Kreacja tej księżniczki ma przepiękne perłowe wykończenia. — Nie ustawała w podnoszeniu poczucia wartości Zosi. — Ach Wojtek, malujesz jak Picasso. — Zwracała się do czterolatka, który to porównanie mógł zinterpretować tylko w sobie znany sposób.

Było błogo. 

Czas jednak jak to czas płynął niczym Dzika Orlica w Kotlinie. 

Dzieci ruszyły marszem ku biurku, szukając uznania w oczach poniekąd ogromnego Autorytetu, którym była Pani. 

— Pięknie!

— Czarująco! 

— Wow! 

— Jak kolorowo!

— Wyśmienicie!

— Intrygująco ! — W miarę napływania prac kończył jej się koncept słowotwórczy.

 — Pięknie. — powtórzyła się.Jeden z obrazków przytrzymała dłużej, nadając tym samym więcej uwagi dziełu. — Wojtuś naprawdę pięknie! — Zachwyt Pani był autentyczny.

— Wiem. Przecież jestem Picasso! — Nie było cienia wątpliwości w jego głosie.

Nie sądzę by w grupie najmłodszych przedszkolaków ktokolwiek wiedział kim był i jak malował genialny Pablo. Wiem jednak, że oto narodziła się Abstrakcja.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *